TUR-INFO.PL
Serwis Informacyjny Branży Turystycznej


2007-12-14 - Pasażer zmarł po cieżkiej podróży LOT-em

Ciężko chory Polak wracał z USA do Wrocławia samolotem polskiego przewoźnika LOT. Jego nosze obsługa samolotu umieściła tuż pod sufitem, uniemożliwiając w ten sposób pielęgniarce zaopiekowanie się chorym. Trzy dni po locie pasażer zmarł, a LOT nie poczuwa się do winy. Sprawą transportu chorego zajęła się wrocławska prokuratura. Małgorzata Klaus, rzeczniczka wrocławskiej Prokuratury Okręgowej poinformowała - Po artykule w "Gazecie Wyborczej" prokurator nakazał wszcząć czynności sprawdzające, czy nie doszło do popełnienia przestępstwa.

reklama


Chory wraz z żoną 15 lat temu wyemigrowali z Wrocławia do Nowego Jorku. Jednak, kiedy mężczyzna zachorował postanowili wrócić do ojczyzny. Żona załatwiła mężowi opiekę w Ośrodku Medycyny Paliatywnej i Hospicyjnej w podwrocławskim Będkowie. We wrześniu tego roku opiekujący się chorym amerykańscy lekarze zezwolili na lot pod warunkiem zachowania szczególnych warunków transportu.

Chory miał wykupiony specjalny bilet, który był kilkakrotnie droższy. Dzięki temu miał lecieć bezpiecznie. Bilet dla chorego kosztował 5,7 tys. USD, a zwykły dla jego żony 750 USD. Małżeństwo dodatkowo wynajęło pielęgniarkę za 2 tys. USD.

Żona chorego wyznała - LOT zapewnił nas, że nosze z mężem zostaną umieszczone na miejscu foteli wymontowanych specjalnie dla nas. W samolocie przeżyłam szok: fotele nie zostały wymontowane, tylko złożone. Nosze zostały zamontowane na nich tak, że wynajęta przez nas pielęgniarka nie miała możliwości opiekowania się mężem, bo podwieszono go zaledwie 10 cm pod sufitem! W pasy zapięto go tak, że o mało się nie udusił! To był koszmar! Co chwila dostawał ataku paniki.

Po dziewięciu godzinach lotu, kiedy samolot wylądował w Warszawie, chory był już w bardzo ciężkim stanie. Lekarz, który go odbierał prywatną karetką pogotowia Sal-Med był wstrząśnięty stanem chorego. W raporcie napisał: "Nosze wraz z pacjentem umieszczone były na złożonych oparciach czterech foteli, co dawało brak możliwości dostępu do samego pacjenta, jak również niewielką przestrzeń tlenową - odległość od twarzy do sufitu wynosiła niecałe 10 cm, co dodatkowo zmniejszało wydolność oddechową. Pacjent pływał we własnych fekaliach, transportowany był w skandalicznie kiepskich warunkach, co z pewnością dodatkowo przyczyniło się w znaczącym stopniu do pogorszenia stanu zdrowia chorego".

Jednak Wojciech Kędziołka, rzecznik LOT-u nie zgadza się z opinią lekarza. Zaznacza, że przewoźnik dotrzymał wszystkich zobowiązań - Nosze mogą być zamontowane tylko w jednym, konkretnym miejscu samolotu i tam zostały umieszczone. Zostały zamontowane na złożonych fotelach, bo tak mówią przepisy.

Kędziołka wyklucza winę przewoźnika za pogorszenie stanu pacjenta. Zaznacza - Amerykański lekarz, który wydawał zgodę na lot pacjenta, powinien był wiedzieć, w jaki sposób montowane są nosze i w jakich warunkach chory będzie transportowany.

Nowojorska pielęgniarka Irena Hartell przyznała - To był absolutny skandal. Pacjenta podwieszono pod sufitem jak worek kartofli, tak że nie miałam do niego żadnego dostępu. Nie można mu było aplikować lekarstw, pokarmu ani przewijać. Spowodowało to ogromny stres i przerażenie chorego, a skutkowało znacznymi skokami ciśnienia.

Chory został przywieziony do hospicjum w Będkowie. Dr Riad El Zein, dyrektor hospicjum wyznał - Do nas dotarł w stanie niemal agonalnym. Jego stan bardzo szybko się załamał i po trzech dniach pacjent zmarł z powodu niewydolności krążeniowo-oddechowej.

Po pogrzebie żona postanowiła poskarżyć się prezesowi LOT-u na warunki w jakich przewożony był jej mąż. Jednak przez trzy miesiące nikt z firmy do niej nie zadzwonił. Wojciech Kędziołka zapewnił, że zarząd LOT-u wystosował w tej sprawie oficjalne pismo. Jednak o przyznaniu się do winy nie ma mowy.



Wróć do strony głównej


Pełna wersja

© 2024 TUR-INFO.PL Wszelkie prawa zastrzeżone.
Kontakt z nami

stat24.com